Mam na imię Marta, mam 27 lat (jeszcze) - choć w głebi duszy - i każdemu to powtarzam - czuję, że 18 :-P Jestem szczęśliwą Narzeczoną od 14 czerwca 2015 roku, a już 21 maja 2016 zostanę upragnioną Małżonką. Upragnioną, bo na ten najważniejszy dzień w życiu kobiety musiałam czekać ładnych parę lat, zanim Mój Narzeczony wresczie do tej decycji dorósł :-P.
Radość i zdziwienie, zakoczenie z zaskoczenia, jak to kiedyś powiedział Mój Narzeczony... Były kwiaty, szampan, truskawki, rzeka, słońce, klękanie i ten jedyny, wymarzony pierścionek ze szmaragdowym oczkiem (w sumie jest ich 5)...po prostu bajka.
Szybka decyzja o ślubie, wybór sali i szczęście nie do opisania :-) Wreszcie czułam, że moje życie podąża we właściwym kierunku. A kiedy znalazłam w grudniu sukienkę moich marzeń, czułam, że nic nie jest w stanie zburzyć mojego świata zbudowanego na fundamencie z radości, miłości, szczęścia.
Żyłam w tym amoku około 7 miesięcy. Mieliśmy już wybrane zaproszenia, czekaliśmy na realizację zamówienia. Z każdym dniem jednak robiło się mnie co raz mniej - cieszyłam się z tego faktu, jeszcze bardziej Narzeczony. Nigdy nie byłam gruba, ale miałam kilka zbędnych kilogramów tam i ówdzie - zawsze miałam na czym siedzieć - więc teraz było mi to na rękę - myślałam - "Boże, ale będę laska w tej boskiej sukience, Mój Przyszły Mąż padnie jak mnie zobaczy".
Z czasem jednak ubrania zaczęły na mnie wisieć, jak na wieszaku - nie było to już estetyczne. Znacznie więcej piłam - około 3-4 litrów dziennie - i przez to częściej odwiedzałam toaletę. Przychodziłam z pracy i siadałam na kanapie i momentalnie zasypiałam. Zaczęłam mieć problemy z cerą, ze skórą wokół ust - robiły mi się brzydkie zajady, które się nie goiły. Częściej odwiedzałam ginekologa. Za namową Mamy zrobiłam badania na cukier... i wtedy mój poukładany świat runął... 344 na czczo, gdzie norma jest do 90... Mama płacze, Narzeczony patrzy na mnie z troską, Kuzynka pielęgniarka straszy szpitalem i śpiączką cukrzycową... A ja nie wiem na czym skupić myśli... Ślub, praca, dzieci... Praca... a dopiero dostałam umowę na czas nieokreślony, nie mogę być teraz chora, to jakaś pomyłka...
Nie była... Następnego dnia trafiłam do szpitala z podejrzeniem cukrzycy. Już po pierwszym badaniu i wywiadzie lekarskim, zakwalifikowano mnie jako chorą na cukrzycę typ 1.
Nie wiedziałam, jak mam z tą świadomością i w ogóle z tą chorobą żyć, bo nikt z o toczenia na nią nie choruje... Myślałam, że życie się właśnie dla mnie skończyło, że cukrzyca to wyrok i rezygnacja z jednej z moich słabości - słodyczy - że koniec z wypadami z Przyjaciółmi, koniec z romantycznymi kolacjami przy chińszczyźnie... bo oprócz słodyczy trzeba ograniczać węglowodany, białka, tłuszcze... Ogólnie dieta do końca życia... Widziałam siebie pokutą, wyśmianą, odrzuconąprze otoczenie przez ograniczenia (8 razy dziennie badam poziom cukru glukometrem i 4 razy dziennie podaje sobie insulinę za pomocą pena)... Widziałam ból i rozpacz w oczach Mamy i czułam się jeszcze gorzej... Ale leżąć na oddziale wewenętrznym, słysząc i widząc ludzkie tragedie, zrozumiałam, że to cukrzyca to kolejna przeszkoda na mojej drodze, być może nie całkiem do ominięcia, bo to pasażer na gapę prawdopodobnie do końca życia, ale przyjamniej do opanowania... I postanowiłam podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat choroby, przygotowaniami do ślubu, dietą i przepisami, bo z tym jedzeniem nie jest w cale tak źle :-P
Na dziś już kończę - chociaż mogłabym pisać i pisać...
Do przeczytania
Pozdrawiam

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz